– Chcę trochę nadęcia z tego hotelowego biznesu wypuścić. My, hotelarze, zgubiliśmy gdzieś człowieka – mówi Władysław Grochowski w rozmowie z „Wyborczą.biz”, która wróciła do jego głośnej akcji „Zrób sobie dziecko w moim hotelu”. Artykuł ujawnia kontekst i kulisy pomysłu, który w zamyśle ma wspierać dzietność – a w praktyce wzbudził konsternację i ożywione komentarze w branży.

Pomysł, który prezes Arche określa jako „Projekt Arche Pokolenia”, ma – jak sam tłumaczy – zachęcać Polaków do powiększania rodzin w obliczu kryzysu demograficznego. – Nie ma co ukrywać, mamy w Polsce problem z demografią. I zastanawiałem się, co ja mogę z tym zrobić? Co firmy mogą z tym zrobić? – mówi Grochowski w rozmowie z Leszkiem Kostrzewskim.
W ramach programu pary, które w ciągu 300 dni od pobytu w hotelu Arche doczekają się narodzin dziecka, mogą liczyć na sfinansowanie przez firmę kameralnego przyjęcia rodzinnego, nawet chrztu.
Sama idea, w swoim założeniu, wpisuje się w charakterystyczny dla Grochowskiego społeczny ton: łączenie biznesu z misją, pomoc uchodźcom, osobom z niepełnosprawnościami, a wcześniej powodzianom. Jednak tym razem forma przyćmiła treść.
Regulamin w ruchu: szczytny cel, wykonanie po drodze
W rozmowie z „Wyborczą.biz” Grochowski przyznaje, że zasady programu były korygowane już po jego uruchomieniu. Najpierw planowano przyjęcia na 50 osób, potem 20, by ostatecznie zejść do 10 gości z budżetem około 100 zł na osobę. – Początkowo planowaliśmy 50 osób, później 20. […] Ostatecznie uznaliśmy, że stać nas na 10 osób. Dla każdej z tych osób zapewniamy wyżywienie w granicach 100 zł – tłumaczy.
Do tego doszły poprawki w regulaminie: zrezygnowano z obowiązku przedkładania aktu urodzenia dziecka i zgody na przetwarzanie wizerunku, zastępując je prostym oświadczeniem o narodzinach w ciągu 300 dni od pobytu. Formalnie łatwiej – komunikacyjnie nieco bardziej po omacku.
W rozmowie z dziennikarzem Grochowski nie ukrywa, że chodzi też o efekt promocyjny. – Proszę przyznać, cała ta akcja […] to dla pana darmowa reklama.
– Reklama pewnie też, ale i szczytny cel.
To szczerość, której trudno nie docenić – i jednocześnie przykład, jak narracja o misji staje się w praktyce narzędziem rozgłosu. Reguły się przesuwają, liczby zmieniają, sens zostaje ten sam: by było o tym głośno.
– Zakładając więc, że na świat przyjdzie 100 tys. dzieciaków, to nasze koszty wyniosą 100 mln zł – wylicza Grochowski w rozmowie z „Wyborczą.biz”.
Liczby robią wrażenie – choć trudno je traktować dosłownie. Nawet wieloletnie programy państwowe, jak 500+, przynoszą podobne rezultaty dopiero po latach.
„Zrób dziecko w hotelu” – hasło, które dzieli branżę
Część środowiska hotelarskiego zareagowała z konsternacją. Cytowana przez „Wyborczą” Marlena Kosiura z portalu InwestycjewKurortach.pl zwraca uwagę, że to raczej „shockvertising” niż przemyślana kampania. – Wykorzystanie nośnego tematu społecznego do napędzania własnego biznesu przekroczyło linię dobrego smaku.
W podobnym tonie wypowiedział się Jan Wróblewski, współzałożyciel sieci Zdrojowa Hotels. – Turystyka to poważna branża, generująca 5 proc. PKB, i nie powinna być ośmieszana. Działania na rzecz dzietności muszą być przemyślane, a nie dla poklasku. My akcje społeczne i kulturalne wspieramy bez rozgłosu.
Grochowski odpowiada na zarzuty z typową dla siebie bezpośredniością. – Chcę trochę nadęcia z tego hotelowego biznesu wypuścić. My, hotelarze, zgubiliśmy gdzieś człowieka.
Szlachetne intencje, kłopotliwy efekt
W polskim hotelarstwie Grochowski od lat budzi emocje – przez jednych uznawany za wizjonera i filantropa, przez innych za niepokornego buntownika wobec utartych schematów. Tym razem jednak granica między oryginalnością a autoparodystyczną przesadą stała się wyjątkowo cienka.
O ile trudno odmówić mu odwagi w łączeniu biznesu z wartościami społecznymi, o tyle sam sposób komunikacji – świadomie prowokacyjny, wręcz tabloidowy – pozostawia pewien dysonans. Środowisko, które przez dekady walczyło o profesjonalny, wiarygodny wizerunek, niechętnie widzi swoje hotele zestawiane z hasłami w rodzaju „Zrób dziecko w hotelu”.

To nie przypadek, że w komentarzach cytowanych przez „Wyborczą” pojawiają się głosy o „deprecjonowaniu prestiżu segmentu 4–5 gwiazdek”. Nie chodzi bowiem o samą akcję, ale o język, w jakim opowiada się o hotelarstwie – zawodzie, który w swojej istocie opiera się na zaufaniu, klasie i dyskrecji.
Między ironią a ideą
Grochowski w wywiadzie konsekwentnie bagatelizuje zarzuty. – Nie jestem od tego, żeby moralizować. Nie będę zaglądał gościom w dokumenty ani w życie – mówi z uśmiechem. Na pytanie dziennikarza: – Chodzi panu o seks grupowy? – odpowiada: – Nie wiem, mnie nie interesuje, co goście robią w hotelu. W innym miejscu dodaje: – W internecie nasze obiekty nazywają już „hotelami miłości”. Podoba mi się.
To zdania, które świetnie brzmią w konwencji medialnego performansu, ale w środowisku, które traktuje swój zawód z powagą, mogą brzmieć jak prowokacja. W efekcie szlachetny zamysł – wspieranie dzietności i rodzinności – został przykryty falą kontrowersji i nieporozumień.
Nie zmienia to faktu, że jego konsekwencja w budowaniu marki Arche i skali projektów pozostaje bez precedensu w polskim hotelarstwie.
Nie można odmówić mu wpływu
Władysław Grochowski, świeżo uhonorowany przez nas tytułem Człowieka Roku Polskiego Hotelarstwa, od lat konsekwentnie przesuwa granice tego, co w branży uchodzi za standard. Czasem prowokuje, czasem zachwyca – ale nigdy nie pozostaje obojętny.
I może właśnie w tym tkwi paradoks jego stylu – w przekonaniu, że lepiej wywołać dyskusję, niż nie wywołać żadnej reakcji.
Pytanie tylko, czy w branży, która zaufanie i klasę ma wpisane w fundament, każda forma rozgłosu jest równie pożądana – szczególnie w czasach, gdy hotelarstwo wciąż walczy o należne mu miejsce w polityce gospodarczej państwa.
(ZS)









Dodaj komentarz