Choć globalne wyniki hotelarstwa wróciły powyżej poziomów sprzed pandemii, z jednego elementu odbicie nie nastąpiło: liczby pracowników. Najnowsza analiza World Travel & Tourism Council prognozuje, że do 2035 r. w samym sektorze hotelowym zabraknie około 8,6 mln pracowników. Luka ta dotyczy przede wszystkim stanowisk operacyjnych, housekeepingu, gastronomii i recepcji, czyli obszarów, których nie da się na razie zautomatyzować rozwiązaniami AI, ani tym bardziej zastąpić pracą zdalną.

W większości analiz rynku pracy powtarza się ten sam wniosek: nie chodzi o stawki, lecz o strukturę. W Europie Zachodniej pensje w branży hotelowej rosły w ostatnich latach o kilkanaście do trzydziestu procent, a mimo to liczba kandydatów nie wróciła do poziomów sprzed dekady. W Polsce skala podwyżek była jeszcze większa. Minimalne wynagrodzenie wzrosło od 2019 r. z 2 250 zł do 4 666 zł brutto, czyli ponad dwukrotnie, a średnia pensja w gospodarce narodowej z około 4,6 tys. do niemal 8,7 tys. zł brutto. W wielu sektorach taki skok wynagrodzeń poprawił sytuację rekrutacyjną. W hotelarstwie – nie widać takiego efektu.
Powód jest ten sam, co na Zachodzie: wyższe płace nie rozwiązują problemu, gdy sama natura pracy nie odpowiada młodszym rocznikom. Nieregularne grafiki, praca fizyczna, weekendy, sezonowe przeciążenia i brak przewidywalności są dla wielu barierą silniejszą niż wysokość stawki godzinowej. Szybki wzrost płac tylko uwypuklił fakt, że problem jest strukturalny, nie finansowy, podaż pracy nie odbuduje się wyłącznie podniesieniem wynagrodzeń.
Największe braki tam, gdzie ograniczono migrację
Skala problemu jest najlepiej widoczna w krajach, które jednocześnie mają niską dzietność i ograniczyły dostęp pracowników z zagranicy. Wielka Brytania, po Brexicie, notuje jedne z największych spadków zatrudnienia w hospitality od dekad: w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy sektor stracił 59 tys. pracowników, a od jesieni 2024 r. zniknęło łącznie ok. 89 tys. etatów, co stanowi ponad połowę wszystkich redukcji miejsc pracy w kraju. Problemem nie jest popyt, ten jest rekordowo wysoki, lecz brak ludzi, którzy mogliby go obsłużyć.
Stany Zjednoczone mierzą się z podobną luką. Zatrudnienie w hotelarstwie pozostaje o ok. 9 proc. niższe niż w 2019 r., a według American Hotel & Lodging Association 65 proc. hoteli deklaruje, że wciąż ma niedobory kadrowe; 9 proc. określa swoją sytuację jako „severely understaffed”. Branża szacuje, że w sektorze brakuje ponad 1 mln pracowników, a organizacje hotelowe wprost wskazują, że bez rozszerzenia programów wizowych utrzymanie skali operacji będzie niemożliwe.
Polska: odpływ pracowników z Ukrainy i import kadr z Azji
W Polsce problem nie ma jeszcze skali brytyjskiej, ale jego struktura jest podobna. Najmocniej odczuwają go obiekty, które przez ostatnie lata opierały stabilność operacji na pracownikach z Ukrainy. Ta grupa, kluczowa zwłaszcza w housekeeping’u i F&B, zaczęła w zauważalny sposób odpływać na rynek niemiecki, który oferuje wyższe stawki i pełniejsze benefity socjalne.
To zjawisko jest już dużym obciążeniem dla wielu hoteli, zarówno miejskich, jak i resortowych. W miejsce ubywających Ukraińców część obiektów zaczęła sięgać po pracowników z Filipin i innych krajów Azji, korzystając z pośredników specjalizujących się w rekrutacji długoterminowej. To rozwiązanie poprawia stabilność obsad, ale generuje wyższe koszty administracyjne i dłuższy czas wdrożenia, a także podnosi próg wejścia dla mniejszych obiektów, które nie mają zasobów, by prowadzić złożone procesy migracyjne.
Technologia wspiera administrację, ale nie zastąpi operacji
W tym samym czasie rośnie rola technologii. AI istotnie odciąża działy marketingu, sprzedaży i finansów: automatyzuje odpowiedzi na zapytania, prognozuje popyt, optymalizuje ceny. Systemy planowania grafików i zarządzania energią pomagają ograniczać koszty.
Ale deficyt nie dotyczy back office, tylko obszarów, które wymagają fizycznej pracy: pokojowych, kucharzy, kelnerów, recepcji. Automatyczny odkurzacz wyczyści korytarz, ale nie pościeli łóżka. Kiosk skróci kolejkę przy recepcji, ale nie rozwiąże problemu braku ludzi na zmianie. AI poprawia efektywność, ale nie wypełni luki tam, gdzie potrzebna jest obecność człowieka.
Brak rąk do pracy przekłada się na ograniczenia operacyjne hoteli
Coraz wyraźniej widać, że to nie popyt ani inwestycje technologiczne wyznaczają dziś granice działania hoteli, lecz dostępność pracowników. Demografia, migracja i odpływ kadr do bardziej przewidywalnych sektorów sprawiają, że część obiektów musi działać poniżej swoich możliwości. W praktyce oznacza to ograniczenia, które jeszcze kilka lat temu były traktowane jako rozwiązania wyjątkowe: krótsze godziny otwarcia restauracji, zamykanie części F&B w wybrane dni tygodnia, zmniejszona częstotliwość sprzątania, dłuższe przerwy w housekeepingu, a w skrajnych przypadkach – wyłączanie części pokoi z użytkowania wyłącznie z powodu braku zespołu do ich obsługi.
Technologia łagodzi presję, ale jej rola jest pomocnicza. Automatyzacja usprawnia administrację, jednak nie zastąpi podstawowych ról operacyjnych. Coraz częściej to nie ADR, nie obłożenie i nie model kosztowy, lecz zdolność do zbudowania stabilnej załogi decyduje o tym, czy hotel może utrzymać pełną ofertę usług.
(ZS)










Dodaj komentarz