Branża eventowa, a także hotelarze i restauratorzy protestują dziś w Berlinie domagając się bardziej kompleksowej pomocy państwa w czasie kryzysu związanego z pandemią koronawirusa.

Podczas gdy rząd federalny rozważa wprowadzenie od 4 listopada nowych, miesięcznych restrykcji w tym zamknięcia stacjonarnej gastronomii, a także hoteli dla ruchu turystycznego, branża hotelarska i gastronomiczna naszych zachodnich sąsiadów obawia się o swój los.
Niemieckie Stowarzyszenie Hoteli i Restauracji (Dehoga) odnosi się bardzo krytycznie do planów ograniczeń, argumentując, że przemysł hotelarski nie okazał się być motorem pandemii. „Nie może być tak, że to my znowu cierpimy” - mówi prezes Dehoga, Guido Zöllick. Dane z Instytutu Roberta Kocha wykazały, że branża hotelarska i gastronomiczna nie wykazała żadnych istotnych wskaźników infekcji. „Branża hotelarska nie jest motorem pandemii” - podkreśla Zöllick.
„Jeśli nasza branża ma praktycznie zakaz prowadzenia działalności z powodów związanych z pandemią, politycznie odpowiedzialni muszą zapłacić za szkody szybko i w całości” - dodaje prezes Dehoga.
Chodzi o przetrwanie branży. Jedna trzecia z 245 000 firm jest zagrożona zamknięciem, jeśli zostaną ponownie zamknięte. W całej branży, której obrót wynosi zwykle około 80 miliardów euro, pracuje około dwóch milionów ludzi.
Dlatego też w Berlinie hotelarze dołączyli dziś do protestu branży eventowej. Marsz protestacyjny został zorganizowany przez sojusz #AlarmstufeRot. Wspólnie apelują o programy pomocowe, „które są bardziej ukierunkowane na potrzeby przedsiębiorstw niż rządowe programy dotacyjne”.










Dodaj komentarz